top

Archiwum

Humorystycznie o równie nieświeżych poglądach „ekspertów”


Można było sądzić, że z chwilą zakończenia letnich wakacji, przy rozwijającej się burzliwie kampanii wyborczej czy katastrofalnych skutków huraganu Katrina, dla dziennikarzy „Gazety Wyborczej” skończył się przysłowiowy „ogórkowy” sezon. Tymczasem w numerze 205 (4909) z 5 września 2005 r. na stronie 25, pani Redaktor Krystyna Naszkowska wykorzystuje jaja nie jako argument w walce politycznej („Nie rzucaj jaj na Wiatr” – jak mawiali kiedyś krakowscy studenci) ale jako temat bulwersujący wszystkich konsumentów jaj. Przeminęły bezpowrotnie czasy gdy starano się nieskutecznie jajom przypisać rolę bomby „cholesterolowej”, zatem trzeba było sięgnąć po inne bardziej radykalne i „śmierdzące” argumenty. Nie mając dostatecznej własnej wiedzy na temat świeżości jaj spożywczych, pani Redaktor zwróciła się o opinię w tej sprawie do „naszego” – jak pisze „ największego specjalisty od jaj” p. Adama Mazanowskiego, emerytowanego profesora Akademii Techniczno-Rolniczej w Bydgoszczy i Instytutu Zootechniki oraz jego ucznia profesora Juliusza Książkiewicza także zInstytutu Zootechniki. Zgodnie z przysłowiem , że „niedaleko pada jajo od kury” obaj znakomici znawcy jajecznych problemów, wyrażają na łamach „GW” swe własne poglądy o tragicznej sytuacji wsferze świeżych jaj.

Szkoda, że pani Redaktor nie pofatygowała się do najbliższego sklepu i nie zakupiła wytłaczanki jaj, bacznie przyglądając się wydrukowanym na opakowaniu informacjom o „dacie minimalnej trwałości” i systemie chowu, z jakiego jaja pochodzą. Argument prof. Książkiewicza, że najlepsze są jaja od „baby”, trąci co najmniej przesądem. Owa „baba” żeby od swych 20-30 kur oferować opłacalną do sprzedaży na bazarze liczbę jaj, musi je zbierać co najmniej przez tydzień iprzechowywać - jak radzi profesor Książkiewicz - w „chłodnych i przewiewnych paleniskach kaflowych pieców”. Sprytna „baba” zazwyczaj ułatwia sobie tę sprawę, zakupując w najbliższym sklepie nieoznakowane jaja spożywcze, układa je w koszu z sieczką lub sianem i sprzedaje jako „chłopskie”, licząc na zainteresowanie mieszczanek tak właśnie nazwanym produktem. Obdarzone lepszym zmysłem handlowym „baby”, czyste „fermowe” jaja brudzą z lekka kurzymi odchodami by je „znaturalizować” czy „zekologizować”. A tak na marginesie wywodów obu Uczonych.

Propagowanie w sytuacji zagrożenia pandemią grypy ptasiej, zaopatrywania się w jaja spożywcze z nieznanych, bazarowych źródeł, naraża konsumentów na poważne niebezpieczeństwo zdrowotne. Powoływanie się na jedynie świeże, dwudniowe jaja amerykańskie to duże nieporozumienie. Są to tzw. „jaja śniadaniowe”, znane również w całej Unii Europejskiej jak i u nas. Absurdalne opinie, opublikowane w „Gazecie”, jednak tylko pozornie mogą się wydawać humorystyczne i nie można uważać,żenie ma się czym przejmować. Raz rzucony cień, na tak czuły produkt jakim jest żywność, upowszechnia się i utrwala wśród konsumentów jak fala Tsunami, niszcząc nie tylko producentów jaj ale i cały łańcuch handlowy oraz pokarmowy, wktórym jaja uczestniczą. Być może, że obaj uczeni są tylko elementem w grze, która ma wprowadzić na rynek zalecane „świeże, dwudniowe amerykańskie jaja”. Pozostaje tylko pytanie o metodę oceny świeżości owych jaj. Być może eksperci „Gazety” zgłoszą propozycję w tej sprawie do Komisji Europejskiej.

powrót